Patriotyzm – umiłowanie ojczyzny

Silna Rzeczpospolita, sprawne państwo, które dba o swoich obywateli, a jego obywatele są z nim związani i działają na jego rzecz. Czy to może być realna perspektywa?

Patriotyzm potrafi budzić w naszym kraju skrajne skojarzenia, podobnie jak i towarzyszące im, równie skrajne, emocje. Od przaśnego, historycznie bezkrytycznego zadęcia aż po obojętność, a miejscami wręcz pogardę wobec własnego narodu i jego dziedzictwa. Uczucie, które powinno łączyć Polaków w obrębie narodowej wspólnoty, stanowić dodatkowy, ideowy impuls do działań na jej rzecz, staje się kolejnym przyczynkiem do podziałów i osłabiania tejże wspólnoty. A przecież to, co nazywamy ojczyzną, to wciąż nasza wspólna sprawa – pospolita rzecz. Wpierw kilka słów definicji, nawet jeśli temat wydaje się aż nadto oczywisty. Zatem, patriotyzm oznacza umiłowanie ojczyzny, rozumianej jako miejsce swego pochodzenia lub zamieszkania. Może dotyczyć zarówno określonego regionu (patriotyzm lokalny), z którym ktoś jest związany, jak też całego kraju, narodu, z którym człowiek się identyfikuje. Nas będzie interesować ten drugi przypadek. Gwoli doprecyzowania pojęcia miłości ojczyzny należałoby dodać, że nie chodzi tu zaledwie o sentyment, emocjonalne ukłucie w sercu na wspomnienie bliskich sobie miejsc, osób i zdarzeń. Raczej to postawa gotowości do realnych poświęceń i stawiania dobra swego kraju (narodu) ponad partykularny interes osobisty, własnej klasy społecznej, profesji, partii itp.

Trzeba przyznać, że dziś brzmi to już co najmniej nieaktualnie. Dla wielu przedstawicieli typowego, współczesnego konsumpcjonizmu bez wyższych wartości to niepojęty anachronizm, naiwność granicząca z obciachem. Zwłaszcza że obecnie w miejsce pojęcia patriotyzmu narodowego (niektórzy na sam dźwięk tego słowa reagują histerycznie) silnie lansowana jest koncepcja tożsamości i patriotyzmu paneuropejskiego. Jakkolwiek atrakcyjnie to brzmi, takie poglądy pozostają tworem czysto ideologicznym, niesprecyzowanym i, co gorsza, oderwanym od codziennej rzeczywistości społeczeństw przecież jednak narodowych. Naiwni zwolennicy utopijnej, socjalistycznej idei zjednoczenia wszystkich nacji, bez granic i podziałów, w swojej nadgorliwości piętnują każdy przejaw patriotyzmu narodowego jako zachowanie stricte nacjonalistyczne. Świadomie bądź nie, stają się w ten sposób przeciwnikami naturalnej, pozytywnej konsolidacji własnego narodu.

Z jednej strony – pełna zgoda – patriotyzm nigdy nie powinien przeradzać się w skrajny nacjonalizm (choć bywa tak rozumiany przez niektóre środowiska). Polska i Polacy nie stanowią tu wyjątku. Są kraje i narody w Europie, w których odsetek społeczny postaw skrajnie nacjonalistycznych jest o wiele wyższy niż nad Wisłą. I wcale nie trzeba daleko szukać. Zdrowy patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się pogarda, wrogość i deprecjonowanie innych nacji (w obrębie danego kraju). Patriotyzm, który jest czysty w intencjach, pozostaje bezpieczny, nigdy nie prowadzi do aktów przemocy i agresji.

Wspólna sprawa

Jednak z drugiej strony demonstrowanie przywiązania do swej ojczyzny, przedkładanie jej interesu ponad interes innych narodów, czy wreszcie zwyczajna duma z osiągnięć dawnych i współczesnych swojego kraju nijak nie mogą być uznane za przejaw chorego nacjonalizmu. Dlaczego w tym sensie Francuzi mogą być Francuzami, Niemcy Niemcami, Rosjanie Rosjanami, a Polacy mieliby być tylko Europejczykami, najlepiej bez własnej, narodowej tożsamości? Dlaczego inne nacje potrafią dbać o własny interes, a Polacy mieliby z niego rezygnować dla mglistych europejskich idei? Dlaczego tysiące Polaków publicznie i pokojowo demonstrujących swe przywiązanie do barw i symboli narodowych, szacunek dla własnej historii i minionych pokoleń to już faszyści, a kiedy podobne manifestacje mają miejsce w innych krajach, to przejaw patriotyzmu? Nie można pozwolić, by pojedyncze ekscesy znikomej w skali kraju mniejszości wyparły pozytywny przekaz płynący z takiego wydarzenia. Jest to głęboko krzywdzące i nieprawdziwe.

Ponadto, jeśli patriotyzm ma być sprawą wszystkich obywateli, to nie może być zgody na jego zawłaszczenie przez jakąkolwiek pojedynczą reprezentację społeczeństwa.

I tak, wbrew utartym w naszym kraju opiniom, patriotyzmu nie wolno kojarzyć z jedną tylko opcją religijną, choćby powszechnie panującą i historycznie zasłużoną. Zwyczajnie dlatego, że tożsamość narodowa nie jest równoznaczna z tożsamością religijną. Polak to niekoniecznie katolik. Ani współcześnie, ani nawet historycznie. To krzywdzące uproszczenie nosi nie tylko znamiona wykluczenia ze względu na przynależność wyznaniową. Urąga także pamięci setek tysięcy polskich obywateli innych wyznań czy religii (Żydów, protestantów, prawosławnych, muzułmanów itp.), którzy oddawali życie za Polskę, jak również poświęcali wysiłek całego swego życia dla budowania jej dobrobytu.

Podobnie patriotyzm w swojej definicji nie jest zakładnikiem żadnej opcji politycznej, ani prawicy, ani lewicy czy centrum. Nie jest się patriotą, tylko wtedy, gdy rządzi jedyna słuszna opcja („rządzą nasi”), a kiedy nie, można czuć się zwolnionym z tego obowiązku. Zasada służenia swoim interesom kosztem dobra publicznego ma niestety w naszym kraju bogatą historię. Od czasów średniowiecza wśród możnowładców istniała w Polsce tradycja układania się z obcymi, zewnętrznymi siłami w celu osiągnięcia korzyści własnych. Przez całe wieki politycy budujący wokół siebie stronnictwa czerpali wsparcie finansowe od zagranicznych sąsiadów, zaciągając wobec nich dług wdzięczności na przyszłość. Taki proceder był powszechnie akceptowalny dopóty, dopóki radykalnie nie godził w panujący w państwie porządek. Nieme przyzwolenie na tę swoistą korupcję polityczną (pod płaszczykiem troski o państwo – a jakże!) po części przyczyniło się do upadku I Rzeczypospolitej u schyłku XVIII w. Ówczesna konfederacja targowicka stała się gorzkim symbolem zaprzedania i kolaboracji z wrogiem własnego państwa.

Kiedy rodziła się II Rzeczpospolita, panowały głębokie podziały, toczono zażarte spory. Mimo to ojcowie-założyciele naszej niepodległości potrafili dla dobra ojczyzny znaleźć porozumienie w sprawach zasadniczych. Postawa propaństwowa, etos służby cywilnej, honor urzędnika państwowego często na co dzień powstrzymywały ludzi przed działaniem na szkodę kraju. Przy budowaniu zrębów III Rzeczypospolitej w dużej mierze zabrakło tych wartości.

Jeśli szukać głosu wsparcia dla idei patriotyzmu i miłości ziemskiej ojczyzny, to nieoczekiwanie dla niektórych można go odnaleźć na kartach Pisma Świętego. Przekaz biblijny uczy głębokiego poszanowania nie tylko dla rzeczy boskich, lecz także naturalnego systemu władzy funkcjonującego na ziemi. Mądre poddanie ludzkiemu porządkowi (stosowanie się do praw i przepisów świeckich, jeśli te w rażący sposób nie naruszają prawa boskiego i ludzkiego sumienia) apostołowie wprost uznają za formę służby Bożej (Rzym. 13, I Piotr 2). Sam Jezus w niczym nie naruszył naturalnych praw obowiązujących we wspólnocie, w której żył, zaś apostoł Paweł nie zawahał się skorzystać z uprawnień, jakie dawało mu obywatelstwo miasta Rzymu (Dz. Ap. 16).

W czasach nowożytnych dobroczynny wpływ nauk Pisma Świętego na kształtowanie społeczeństwa obywatelskiego (życie współobywateli) doceniali m.in. wybitni amerykańscy mężowie stanu – ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Thomas Jefferson twierdził, że nieustanne studium świętych ksiąg (Biblii) ukształtuje lepszych obywateli, lepszych ojców i lepszych mężów. Inny, szósty z kolei prezydent

USA, John Quincy Adams, ujął to w następujący sposób: „Tak wielkie jest moje uznanie wobec Biblii, że im wcześniej moje dzieci zaczną czytać Biblię, tym pewniejsza będzie ma nadzieja, że wyrosną na użytecznych obywateli swojego kraju i szanowanych członków społeczeństwa”. (…)

Tożsamość narodowa

Na koniec jeszcze krótko, lecz o sprawie wielkiej wagi albo wielkiego wstydu – jak kto woli. Dotąd było o tym, co obywatel powinien czynić wobec swojej ojczyzny. Teraz o tym, co państwo polskie może i powinno uczynić wobec niektórych obywateli oraz ich potomnych. W szczególności tych, którzy zostali siłą zabrani i potem pozbawieni prawa powrotu do kraju. Na skutek wojennych zawieruch, ludobójczej polityki mocarstw przeżyli gehennę deportacji, złożyli niewyobrażalną ofiarę życia, cierpienia z dala od ojczyzny, na nieludzkiej ziemi Kazachstanu czy Syberii. Czasy się zmieniły, a mimo to ci ludzie (ich dzieci, wnuki) wciąż czekają w nadziei na powrót do Polski. Nic nie usprawiedliwia trwającej dekady bezczynności państwa. Poczucie sprawiedliwości wymaga natychmiastowych rozwiązań w tej kwestii. Dlaczego by nie uprościć procedur repatriacyjnych i umożliwić wszystkim polskim obywatelom (i ich potomkom) powrót do ziemi przodków? Jeśli tylko zechcą, jeśli tylko mogą.

Silna Rzeczpospolita, sprawne państwo, które dba i upomina się o swoich obywateli, a jego obywatele są z nim związani i działają na jego rzecz, gdziekolwiek się znajdują. Nie tylko oddają za nie życie (to, nawiasem mówiąc, nieźle nam wychodziło w historii), ale uczciwie pracują dla niego, przestrzegają prawa, są aktywni politycznie i społecznie, szanują swoją historię, budują bezpieczną przyszłość dla kolejnych pokoleń. Od nas wszystkich zależy, czy pozostanie to mrzonką, niespełnioną utopią, czy też całkiem realną perspektywą!

Autor: Janusz Szarzec – duchowny, teolog, publicysta, przewodniczący Rady Fundacji Nadzieja dla Przyszłości

Pełna wersja artykułu ukazała się w numerze Głosu Przebudzenia nr 2 (3) 2020. Magazyn można kupić w sklepie internetowym Fundacji Nadzieja dla Przyszłości