„Hokus krokus” – gra w deptanego

Jestem mieszkańcem Zakopanego i od wielu lat chodzę po Tatrach.  W moim ogrodzie od kilkunastu lat rosną krokusy. Niektóre z nich to „samosiejki”,  a niektóre zasadziłem sam, by uzyskać większą gamę kolorów.  Prze te lat nigdy nie przyszło mi do głowy, by zaprosić swoich znajomych z Polski czy Europy do oglądania tych kwiatów u mnie. Dlaczego? To oczywiste, po kilku minutach  prawie wszystkie krokusy zostałyby rozdeptane! Nawet bez specjalnej premedytacji oglądających.

Postanowiłem bliżej przyjrzeć się zjawisku, które ktoś nazwał nie wiedzieć dlaczego „hokus krokus” Warto postawić pytanie:  w jakim celu Tatrzański Park Narodowy promuje akcję, której nazwa ma co najmniej wątpliwy sens. Powaga tej instytucji powinna jednak do czegoś zobowiązywać.

„Hokus pokus” to pseudo-łacińska formułka, która upowszechniła się w XVII wieku. Słowa te były wypowiadane jako zaklęcie, aby odwrócić uwagę widzów od ruchów rąk  prestidigitatorów. Od słowa hokus pochodzi angielskie słowo hoax (wym. həʊks), które oznacza  mistyfikację. Czyżby więc pomysłodawca akcji „hokus krokus” nie zastanawiał się co pisze, tylko kierował się melodią rymowanki godnej reklamy proszku do prania czy reklamy majtek? Równie dobrze można by tę akcję nazwać „abra kadabra” i gra słów miałaby też wystarczający powab.

TPN proponuje tysiącom turystów przyjazd do tatrzańskich dolin, by właśnie przyjrzeli się tym pięknym, wiosennym  kwiatom i je…. rozdeptali! Ludzie, jak to ludzie chcą dotknąć, sfotografować, posmakować i koniecznie muszą podejść jak najbliżej, wręcz wejść w przestrzeń chronioną. I nie ma znaczenia czy robią to świadomie czy nieświadomie.

Niestety drugie dno tej pozornie szlachetnej akcji poznajemy, gdy zapoznamy się ze stroną internetową hokuskrokus.pl. W zakładce noclegi z tej strony jesteśmy przekierowani do katalogu ponad stu pensjonatów z gminy Kościelisko, które oferują wynajem apartamentów.  Nazwa „hokus krokus” nie jest więc przypadkową zbitką słów, lecz dokładnie – zgodną z tytułem – mistyfikacją! Akcja „hokus krokus” jest tak naprawdę przedsięwzięciem komercyjnym, w którym głównie chodzi o jak największy. Gdyby faktycznie komuś zależałoby na ochronie krokusów, to w pierwszym rzędzie zablokowana zostałaby zabudowa krokusowych polan, które od wylotu Doliny Kościeliskiej do Doliny Chochołowskiej zamieniane są w parkingi, gdzieniegdzie przyozdobione pseudo bacówkami.

W Tatrzańskim Parku Narodowym w 2018 roku oficjalnie zanotowano ponad 3,8 mln wejść turystów. W jeden „krokusowy” dzień do Doliny Chochołowskiej przybyło 40 tysięcy osób! I co się stało? Piękna przestrzeń dolin z dywanem krokusów została zadeptana i porzucona. My, mieszkańcy Zakopanego i urokliwych wiosek Podhala z tą zniszczoną przestrzenią, zdemolowanym krajobrazem, o który staramy się dbać od pokoleń – zostajemy na co dzień.

Tatry są „rozdeptywane” przez większą część roku. Coraz częściej przybywają tu osoby, które chciałyby, np. rozpalić w Tatrach grilla.  Przyjeżdżają osoby, które chciałyby, np. namalować na skałach Giewontu strzałkę z napisem „na molo”. W hałaśliwym, sezonowym tłumie dla miłośnika przyrody w Tatrach nie ma warunków do  klasycznej turystyki. A wszystkiemu winna jest nadmiernie rozbudowana baza noclegowa w Zakopanem i na Podhalu. Wzrost liczby osób wchodzących do TPN jest proporcjonalny do liczby miejsc noclegowych pod Tatrami. Czy za 10 lat liczba wejść do TPN-u przekroczy, np. 8 milionów? Z dotychczasowego wzrostu przyjeżdżających gości pod Giewont wynika, że tak będzie.

Czy  w niedalekiej przyszłości kolejny pan premier naszego rządu przyjedzie do Zakopanego i wyrazi swoją radość z tego, że tylu naszych rodaków mogło przyjechać w Tatry?

Projekt „hokus krokus” jest zwyczajną umową (dealem) między TPN-em a organizatorami turystyki. Ale czy ona jest uzasadniona moralnie? W jakim celu media, zawsze w kwietniu, rozpalają krokusową gorączkę?
I nikt nie bije na alarm!

W pewnym sensie można zrozumieć biznesmenów i polityków. Jedni  żyją z liczenia pieniędzy, a drudzy z liczenia wyborczych głosów. Ale gdzie się podziała elita naszego narodu, gdzie są panowie doktorzy, profesorowie, moralne autorytety? To właśnie oni powinni stymulować zachowania społeczne, uzasadniać i promować nadrzędną wartość przyrody chronionej.  Gdzie oni są! Czyżby…
Schowali się
w różnych mrocznych instytucjach -ucjach-ucjach-ucjach-ucjach.
Gdzie oni są! Czyżby…

Pożarła ich
Galopująca prostytucja -ucja-ucja-ucja-ucja-ucja.           

Jak śpiewała kiedyś „Republika”.

Gdzie są tak tabuny ekologów, którzy dniem i nocą potrafią stać na straży, potrafią przykuwać się do drzew, skał, urządzeń?

Gdzie są owe zielone organizacje z pod znaku „Green Peace”?

No, gdzież oni są?

Adam Kitkowski, Zakopane 6-7 kwietnia 2019